List Od Ojca

Mama napisała smsa, że ojciec wysłał mi list. Bałam się go, bardzo, brałam pod uwagę, że go nie przeczytam. Spodziewałam się tam jego historii o nim samym, spodziewałam się, że ten list mnie wkurwi, nie chciałam znowu tego przeżywać..

Przyszedł, od razu poczułam emocje, otworzyłam i przeczytałam fragment, bo nie miałam warunków na pierwszy moment. Rozwaliło mnie momentalnie, na początku tak jak przewidziałam była jego historia, przeszłam okiem dalej:

„Nie mogłem tego zrobić, to co powiedziałaś, że ja ci to robiłem ( to nie prawda). Nie wiem co Ci powiedzieć, serce myśli, nie mogę znaleźć sobie miejsca z tymi myślami, że ja ci życie zmarnowałem”.

Poczułam to całą sobą, ten wkurw i smutek, że znowu moja prawda jest nie uznana.. Odłożyłam kopertę na bok, zajęłam się dziećmi, myślami byłam w liście. Nosiło mnie strasznie, trzymałam emocje w sobie ze względu na dzieci, w pewnym momencie mnie zmogło, tak jak dawniej. Poczułam wszechogarniająca senność, senność nie do przezwyciężenia, ta senność towarzyszyła mi odkąd pamiętam, ona tak bardzo utrudniała mi życie, nie umiałam z nią walczyć, sen zwyciężał, gdy tylko były do tego warunki. Wiedziałam, że cała moja energia życiowa trzyma emocje, brakowało energii do życia. Czekałam tylko, aż zaśnie córka, na pół żywa leżąc w salonie, zmuszona do zabawy z dziećmi. 

Nadszedł czas (córeczka usnęła, synek oglądał bajki), spać czy przeczytać? Wiedziałam, że nie mogę już uciekać w sen, wzięłam list. Zdanie po zdaniu uderzało we mnie z ogromną siłą, czułam ból, cierpienie, diabelski wkurw i tak na zmianę, płakałam, krzyczałam w poduszkę, waliłam pięściami, bujałam się krzycząc do Boga jak mantrę:

„Nie chce tego, nie chce tego, nie chce tego, nie chce tego Boże!”.

Siedziałam tak jak w transie krzycząc do Niego, potem spojrzałam na ten sam krzyż co kiedyś, poczułam tak ogromny wkurw, drapałam dywan, leciały przekleństwa i wiecie co, zwyzywałam Go, zwyzywałam swojego Boga, wygarnęłam Mu, że ja już kurwa nie chce tego nosić, że nie mam siły i ile jeszcze, ile jeszcze tej ojcowskiej rany we mnie, że jak ja mam być Jego córka jak ja tego nie czuje, jak nadal nosze ten diabelski obraz siebie od ojca.. Zaraz po tym jak wyrzuciłam to z siebie, poczułam ulgę, emocje opadły. Przeprosiłam Stwórcę i z ufnością powiedziałam, że wytrzymam tyle ile mogę, On sam wie ile we mnie siły. Poprosiłam, żeby prowadził za rękę mnie dorosłą i moje wewnętrzne dziecko..

Trwałam w ciszy i usłyszałam głos. Po raz kolejny to do mnie przyszło, przychodziło już wiele razy. Poczułam, że moim zdaniem jest w jakiś sposób ratować ojca, poczułam, że powinnam mu pomoc, ja wiedziałam, że muszę pokazać mu, że Ty Boże jesteś, że Ty żyjesz, że można Ciebie czuć, że Ty na niego czekasz. Zawsze czułam się odpowiedzialna za ojca, chciałam go nawracać, wziąć do księdza, na mszę o uzdrowienie do Mstowa k. Częstochowy, bo na tych mszach jakieś 5 lat temu zaczęło się moje zdrowienie, tam poczułam Boga żywego, tam modliłam się o ojca, zawsze.. Na tych spotkaniach charyzmatyczny krzyczałam, płakałam, dostawałam bólu głowy, tam też Bóg mnie uzdrawiał, nie wiedziałam wtedy z czego, teraz wiem.. Wracając do głosu, czułam i nadal czuje, że powinnam zabrać ojca na taką msze, tam tez dzieją się cuda, ludzie zdrowieją, mam ogromne przekonanie, że jestem powołana, żeby pomóc mu się oczyścić, czułam to wiele razy, czułam to na mszach w Mstowie, czułam to patrząc na mój krzyż z Mstowa, czułam to czytając w jego liście: „chciałbym jeszcze jechać na Jasną Górę, ale czuje, że mi się nie uda”..

Jak mam to zrobić, nie wiem, jeszcze nie wiem, na ten moment nie mam możliwości żeby go tam zabrać i chyba nie byłabym na to gotowa. On sam też nie pojedzie, jest zbyt chory, ledwo chodzi, z roku na rok coraz z nim gorzej.. Na ten moment jedyne co mogę zrobić to dać mu swoje świadectwo. Nie wiem, może opiszę mu to w liście..