Moja Prawda Do Rodziców

„Tak bardzo się boję, boję tej rozmowy, paraliżuje mnie na sama. Myślę jak to przyjmiesz, że mnie opieprzysz, wyśmiejesz, nie uwierzysz, powiesz, że zmyślam. Tak nie chcę tego znowu poczuć, nie chcę, bo mnie to zabije. Tak mnie to boli w środku. Tak ogromne odrzucenie, tak ogromne kurwa, tak! Boję się ciebie mamo, boję się ciebie boję, boję, twojej reakcji..” na medytacji widziałam siebie małą jak siedzi w płaczu i się kołysze, jak mama do niej mówi: „nie rycz, uspokój się..” „Dobrze, przepraszam już nie będę płakać, mamo!” Znowu to zamrożę w swoim małym ciałku.

Kurwa, to uczucie przychodziło do mnie często, wracało z coraz to większą siłą, tak cholernie wielkie odrzucenie. Do tej pory nie wiem, czy wtedy ci powiedziałam, ale wiem że próbowałam i bardzo się bałam.. Jak zaczęłaś mną znowu szarpać i kazałaś się uspokoić to ja ponownie umarłam, zostałam z tym sama.

Znowu to czułam, czułam, że to czas na moja prawdę i czułam lęk przed powiedzeniem jej, siedziałam i mnie wewnętrznie rozwalało. Było późno 22.00, już nie mogłam uciekać, wyszłam z domu i zadzwoniłam do niej. Powiedziałam co czuję, co czułam, że chodzę na terapię, że jak ona mogła, że ja nie wiem czy była tak ślepa, że nic nie widziała czy tak pięknie kłamie. Tak mnie to bolało, ta moja prawda. Ona nic nie mówiła, słuchała, była w szoku, że jej tak wygarniam.. Cały czas mnie to boli jak to pisze, wyobrażam sobie jej ból.. Zapytałam jakim byłam dzieckiem: powiedziała, że: „normalnym”. Kurwa, normalnym, a co to znaczy normalnym? Czy dla niej wszystko jest normalne?

Nie mogłam tego słuchać, rozłączyłam się.. Wróciłam do domu, poczułam ulgę i ból, poczułam poczucie winy, że teraz ona cierpi przeze mnie. Wiedziałam tylko, że nie żałuję, że to wygarnęłam.. 

Potem pisała mi smsy, żebym się zajęła sobą i nie popsuła rodziny, ta rodzina to jej statuetka, czasem lepiej ją rozwiązać i się rozejść niż tkwić w gównie i przenosić je na dzieci, ona myślała inaczej. Pisała mi smsy, że sama siebie teraz za to biczuje jak była złą matka dla nas, Że nic nie zrobiła.

Zaczęłam ją tłumaczyć, że też była ofiara swoich rodziców, że to nie jej wina i nie umiała inaczej, że była i jest słaba.. Kurwa znowu zaczęłam to co całe życie robiłam, całe życie ją usprawiedliwiałam, broniłam, żyłam jej bólem. Mówiła, że ojciec pyta czemu się nie odzywam, pyta czy on zawinił, czy jestem zła, że go nie było, że za mało nas bawił, mówiła, że miał łzy w oczach, ojciec pytał czy on jest znowu ten najgorszy.. Powiedziałam, że do ojca zadzwonię w swoim czasie.

Po takich rozmowach znowu mnie zalewało, znowu synek był popychadłem tak jak ja jako dziecko, znowu zaczęłam się biczować za to jak źle go znowu traktuje. Musiałam usiąść ze swoim wewnętrznym dzieckiem: „Taki mam wkurw i ból, tak kurewsko ogromny, jeszcze świadomość, że ty mamo siedzisz i się biczujesz za to, kurwa ! Tak mnie to boli, mówiłaś na mnie lampa, matrona, torba. Tak, czułam się jak torba, jak popychadło, nienawidzę tego, bo sama robię to swoim dzieciom, już nie chce tego, nie chce, weź to sobie. Serce mi pęka, przepraszam, ale muszę ci to oddać, bo to mnie zabija, mnie i moje dzieci. Matrona, ja się zastanawiałam kto to jest jak byłam dzieckiem. Tak mi serce pęka, dlaczego, dlaczego, mamo ja cię kocham i nienawidzę, chce Cię zabić i przytulić” siedziałam tak z moim WD, na zmianę kołysząc się, płacząc i waląc pięściami..

Nie umiałam sobie z tym poczuciem winy poradzić, z tym usprawiedliwianiem rodziców. Nie mogę usprawiedliwiać rodziców, bo to się będzie ciągnęło, muszę z siebie wszystko wyrzucić, muszę skupić się na sobie, im to też jest potrzebne, ich duszę tego potrzebują. Wracam do walki o siebie. 

Kilka dni po telefonie do matki, zadzwoniłam do ojca i jemu też wygarnęłam cały swój ból dzieciństwa, nie przebierałam w słowach. Mówiłam wszystko co mi przychodziło, pytałam gdzie on był, powiedziałam że mam żal, że go nienawidzę i kocham jednocześnie, i że dlatego tak to boli.

Potem spotkałam się z nimi i ponownie powiedziałam co mnie bolało, pisałam im też pełne mojej prawdy i bólu listy. Odcięłam się totalnie na kilka miesięcy od kontaktu z nimi.

*******

Ktoś powie, ale jak to? Gdzie tu szacunek do rodziców, gdzie pokora? Też żyłam w schemacie: rodzic to świętość, rozumiem i szanuje takie podejście. Jednak wraz z moim wewnętrznym rozwojem moje postrzeganie i świadomość się zmienia. 

Dlaczego można ładować „zło” w niewinne, bezbronne dzieci? A dlaczego to małe dziecko nie może powiedzieć: „stop, basta, szanuj mnie”? 

Traktujmy wszystkich na równi, musi być równowaga w dawaniu i braniu. Ja będą dzieckiem nie mogłam się obronić, nie umiałam, byłam za słaba. Dlatego teraz podczas terapii obroniłam swoje wewnętrzne dziecko, zaczęłam mówić rodzicom co mnie bolało, czego mi zabrakło. Ja zrobiłam to w cztery oczy.

Finalnie zmierzam do tego, że jeśli czujesz, że chcesz wykrzyczeć swój ból bezpośrednio do rodziców to zrób to, nie usprawiedliwiaj nikogo, bo jak to odpuścisz to to wróci. Możesz powiedzieć w twarz, przez telefon czy napisać list, jak wolisz. Możesz tez zrobić to bez bezpośredniej konfrontacji w medytacjach, to też jest skuteczny sposób. Może dłuższy, ale z pewnością wart pracy.

I nie bój się, nie zabijesz nikogo tym, że wygarniesz mu swoją  prawdę. Ty wiesz co czułeś, więc Twoi rodzice też mogą znieść ten ból i oskarżenia. Ty wyrównujesz rachunki. Im też jest to potrzebne do wzrostu samoświadomości, do rozwoju ich duszy.