Moja Prawda Do Matki cz.2. Otwarcie na miłość.

Po pierwszym  telefonie do matki, jakieś pół  roku temu kiedy powiedziałam jej o mojej depresji i terapii (wpis: moja prawda do matki cz.1) oraz po konfrontacji z rodzicami twarzą w twarz (wpis: spotkanie  twarzą w twarz z rodzicami) miałam poczucie ulgi, ale po czasie czułam niedosyt.

Wtedy ojcu wyśpiewałam wszystko, matce jednak niekoniecznie. Czułam, że nie powiedziałam jej wszystkiego.  Postanowiłam napisać  jej list, wygarnęłam to co zostało.  Po czasie byłam w domu i miałam jej go dać. Nie zrobiłam tego jednak, jakby na siłę starałam się to odpuścić. Nie chciałam już czuć tego wkurwu na nią, bo przecież już trochę dostała za swoje, poczuła ten ból.  Zaczęłam ją usprawiedliwiać i bronić. Nie chciałam, żeby znowu cierpiała przez moje cierpienie.  Znowu wpadłam w schemat obrony własnej matki przed bólem. I plątałam się w tym, długo, kolejne 6 mc.. Wywalałam w międzyczasie gniew i wkurw, ale to nie puszczało, a ja już tak bardzo miałam dość tych emocji i powrotu depresji.

Miałam poczucie, że otacza mnie bunkier ze zła. Miałam chwile, że byłam w strasznym stanie, nawet gorszym niż przed rozpoczęciem terapii. Czułam zrezygnowanie, wkurw, nienawiść do siebie, miałam ochotę się zatłuc za to, że po około 9 mc pracy nad sobą, kiedy było już lepiej, znowu wszytko wróciło, cała depresja, senność i odrętwienie. Nie miałam siły już nawet do terapii. Chciałam to pierdolnąć, myślałam: ”może to tak naprawdę na mnie nie działa”. Byłam totalnie załamana.

Nie umiałam znowu sama procesować, nie umiałam dawać wewnętrznemu dziecku miłości. Czułam, że nie zasługuje na miłość, na dobro. Nie umiałam się na nią otworzyć, bałam się miłości, wycofywałam się i uciekałam przed nią na medytacjach. Czułam się jak beton ze zła, jakby otaczał mnie bunkier zła. Czułam, że mam cierpieć i że zasługuje na zło, czułam się jak ktoś oddany złu. Wyglądałam na medytacjach  jak czarny głaz, czarny i cuchnący jak gówno. Nie mogłam się przebić przez te mury.  Miałam kilka sesji  z terapeutą i to cały czas wracało, byłam załamana, bo bałam się, że już nic mi nie pomoże.

Pewnego wieczoru procesując krzyczałam do siebie, że nie odpuszczę, że jak nie umiem dać sobie tej miłości to nie wiem jak to zrobię, ale kurwa nie odpuszczę siebie, nie odpuszczę tej pracy, którą już wykonałam. Znowu czułam wkurw na matkę, ogromny wkurw. Nie miałam do tego już siły, krzyknęłam do Archanioła Raziela żeby mi wskazał drogę. To był mocne wołanie z mojej duszy o pomoc.

Następnego dnia poczułam, żeby napisać kolejny  list do matki i zrobiłam to, ot tak, po prostu. Oddałam w nim wszystko  bez skrupułów. Odczułam, że ten bunkier zła to moja matka, którą cały czas bronię i usprawiedliwiam, dlatego ten bunkier nie pękał. Ale już koniec, czas na prawdę.

Wysłałam mamie ten list w swoje urodziny, to był najlepszy prezent jaki mogłam sobie dać. Nie analizowałam już, nie rozkminiałam jak to będzie, nie zastanawiałam się czy ona będzie płakać, po prostu to zrobiłam jakby ktoś mnie prowadził.

Finalnie zmierzam do tego, że jeśli czujesz, że chcesz wykrzyczeć swój ból bezpośrednio do nadawcy to zrób to, nie usprawiedliwiaj nikogo, bo jak to odpuścisz to to wróci. Możesz powiedzieć w twarz, przez telefon czy napisać list, jak wolisz. Możesz tez zrobić to bez bezpośredniej konfrontacji w medytacjach, to też jest skuteczny sposób. Może dłuższy, ale z pewnością wart pracy.

I nie bój się, nie zabijesz nikogo tym, że wygarniesz mu swoją  prawdę. Ty przeżyłeś traumę, wiesz co czułeś, więc Twój oprawca też może znieść ten ból i oskarżenia. Ty wyrównujesz rachunki.

****

Kilka dni po tym zrozumiałam jak relacja z matką przekładała się na mój stosunek do siebie, o tym co o sobie myślałam i jakie przekonanie o miłości miałam. Cały czas podczas terapii sprawiało mi trudność, żeby dawać miłość sobie czy wewnętrznemu dziecku.  Nieświadomie żyłam w przekonaniu, że nie zasługuję na miłość, że nie jestem jej warta. Podświadomie bałam się miłość, bo nosiłam w sobie krzywdę jakiej doświadczyłam ze strony najważniejszej osoby w życiu czyli mamy. A przecież mama to miłość. Wiec żyjąc traumą odrzucenia i braku miłości od matki, nie umiałam przyjmować jakiejkolwiek innej miłości. Nie umiałam się na nią otworzyć. Towarzyszył mi lek przed miłością i bliskością.

Teraz uzdrawiając ten program, uświadamiając sobie skąd to wszystko pragnę zaprosić miłość do swojego życia. Mam wiarę i nadzieję, że uzdrawiając tą część swojego wnętrza, ujrzę manifestację tego na zewnątrz siebie. Podobne przyciąga podobne.